Czego nie wiemy o znaczeniu i roli technologii w codziennej szkolnej dydaktyce? Ostatnia konferencja Inspir@cje 2015 prowokuje właśnie do tego typu pytań. Inspiracji podczas Inspir@cji było wiele! Technologia pasjonuje, czaruje i uwodzi coraz więcej nauczycieli. Nie trzeba ich już przekonywać, że stosowanie cyfrowych narzędzi pozwala bardziej uczniów zaangażować, motywować do pracy oraz wykorzystać ich zainteresowania i naturalne umiejętności. Oczywistym staje się, że technologia zmienia styl życia i sposób uczenia. Wystarczy obejrzeć się dookoła siebie, aby zobaczyć ludzi zanurzonych w swoich telefonach, tabletach lub czytnikach. Można ich spotkać wszędzie: w tramwaju, na ulicy, w kawiarni, czy centrum handlowym.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie do szczęścia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie do szczęścia. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 lipca 2015
poniedziałek, 30 listopada 2009
O kim zapomniała polska szkoła?
MEN ogłosił właśnie kolejny pomysł na zmiany w polskiej szkole. Tym razem uczniowie będą realizowali projekty edukacyjne. Aby uniknąć rywalizacji - jak twierdzi przedstawiciel MEN - nie będą one oceniane. Pomysłodawcom zależy na kształceniu kompetencji współpracy, a nie rywalizacji. Oprócz prezentacji – nowego elementu podczas egzaminu zewnętrznego, gimnazjalistom przybywa kolejne zadanie - realizacja projektu edukacyjnego. Znam wiele szkół, w których metoda projektu jest rozwiązaniem systemowym w ich programach. Zastanawiam się, na czym więc polega innowacyjność propozycji MEN. Wartością może być fakt, że teraz każda szkoła będzie musiała zrealizować taki projekt i stanie się on obowiązkowy dla wszystkich uczniów. Oby nie wypaczyć idei tak, jak stało się to w przypadku awansu zawodowego. Dr John Medina z Seatle twierdzi w wywiadzie udzielonym miesięcznikowi „Edukacja i Dialog”, że wszelkie zmiany powinny być przeprowadzane tak, jakbyśmy tworzyli nową wersję samolotu. Najpierw cel, wizja, projekt, konstrukcja, badania i wreszcie pilotaż, ewaluacja i wdrożenie. Ta zasada powinna dotyczyć szczególnie sytuacji, których przedmiotem eksperymentu jest uczeń. Wprowadzanie zmian dla samych zmian, bez podporządkowania ich szerszej wizji i kierowanie się jedynie impulsem na pewno nie modernizuje polskiej szkoły.
Próbujemy zmieniać system oświaty, ale to tylko drobne korekty, bardziej lifting. Takie działania nie uzdrowią polskiej szkoły. To już nie wystarczy. To nie przeładowany program nauczania, ale brak właściwego środowiska, w którym uczy się obecnie uczeń, świadczy o anachroniczności szkoły. Dziś to przestarzałe "fabryki wiedzy" z wydzielonymi salami, klasami, szeregowo ustawionymi ławkami, dzwonkami i korytarzami, na których przebywają podczas przerw uczniowie. Z badań dra Mediny wynika, że planując zmiany w edukacji powinniśmy pamiętać przede wszystkim o zmianie modelu kształcenia i metod pracy ucznia. Gdybyśmy chcieli stworzyć środowisko do nauki i pracy, gdzie mózg pracuje efektywnie – twierdzi dr Medina, wtedy musielibyśmy zburzyć nasze tradycyjne szkoły i firmy i zbudować je od nowa.
Szkoła zajęła się jedynie kształceniem przyszłych profesorów akademickich. Zapomniała w ogóle o muzykach, tancerzach, plastykach i innych artystach czy też sportowcach. Dlatego niezauważeni w szkole szukają uznania i możliwości konfrontacji w takich programach jak Mam talent, You Can Dance, czy Idol. Tam rzeczywiście ich talent zostanie zauważony, doceniony i rzetelnie oceniony. Właśnie ogłoszono kolejne eliminacje do piątej już edycji You Can Dance. Odbywać się będą w wielu polskich miastach. W każdym setki chętnych, którzy w szkole nie mogą wykorzystać swoich naturalnych zasobów i talentów. Może warto więc pomyśleć, aby zamiast dokładać uczniom i nauczycielom kolejne zadania, stworzyć system, w którym talent w szkole nie jest marnowany, ale rozwijany i otoczony profesjonalną opieką. Pozwólmy nie tylko fizykom, chemikom, czy biologom odnosić w naszych szkołach sukcesy, ale również tym, których talent sprawia radość i tym samym uczyni w przyszłości szczęśliwymi i spełnionymi osobami. Czy doczekamy się szkoły, która ceni każdą bez wyjątku indywidualność, nie gubi nikogo i o nikim nie zapomina?


Próbujemy zmieniać system oświaty, ale to tylko drobne korekty, bardziej lifting. Takie działania nie uzdrowią polskiej szkoły. To już nie wystarczy. To nie przeładowany program nauczania, ale brak właściwego środowiska, w którym uczy się obecnie uczeń, świadczy o anachroniczności szkoły. Dziś to przestarzałe "fabryki wiedzy" z wydzielonymi salami, klasami, szeregowo ustawionymi ławkami, dzwonkami i korytarzami, na których przebywają podczas przerw uczniowie. Z badań dra Mediny wynika, że planując zmiany w edukacji powinniśmy pamiętać przede wszystkim o zmianie modelu kształcenia i metod pracy ucznia. Gdybyśmy chcieli stworzyć środowisko do nauki i pracy, gdzie mózg pracuje efektywnie – twierdzi dr Medina, wtedy musielibyśmy zburzyć nasze tradycyjne szkoły i firmy i zbudować je od nowa.
Szkoła zajęła się jedynie kształceniem przyszłych profesorów akademickich. Zapomniała w ogóle o muzykach, tancerzach, plastykach i innych artystach czy też sportowcach. Dlatego niezauważeni w szkole szukają uznania i możliwości konfrontacji w takich programach jak Mam talent, You Can Dance, czy Idol. Tam rzeczywiście ich talent zostanie zauważony, doceniony i rzetelnie oceniony. Właśnie ogłoszono kolejne eliminacje do piątej już edycji You Can Dance. Odbywać się będą w wielu polskich miastach. W każdym setki chętnych, którzy w szkole nie mogą wykorzystać swoich naturalnych zasobów i talentów. Może warto więc pomyśleć, aby zamiast dokładać uczniom i nauczycielom kolejne zadania, stworzyć system, w którym talent w szkole nie jest marnowany, ale rozwijany i otoczony profesjonalną opieką. Pozwólmy nie tylko fizykom, chemikom, czy biologom odnosić w naszych szkołach sukcesy, ale również tym, których talent sprawia radość i tym samym uczyni w przyszłości szczęśliwymi i spełnionymi osobami. Czy doczekamy się szkoły, która ceni każdą bez wyjątku indywidualność, nie gubi nikogo i o nikim nie zapomina?
środa, 28 października 2009
Czego najbardziej potrzebuje polska szkoła?
To pytanie zadałem uczestnikom podczas konferencji Innowacyjne zarządzanie w polskiej oświacie, która odbyła się w warszawskim hotelu Marriott 27 października. Zadałem je z dwóch powodów. Pierwszy z nich to brak warunków do realizacji postulatów dotyczących działań na rzecz kreatywności i wdrażania innowacji. Niezwykle trudno w obecnej sytuacji sprawić, aby innowacje stały się powszechnie obecne w polskiej szkole. Odpowiedzią i jednocześnie drugim powodem, dla którego zadałem uczestnikom pytanie, są zaprezentowane przez prof. Czapińskiego wyniki badań dotyczące kapitału ludzkiego. Wynika z nich, że siłą rozwoju modernizacyjnego Polski i w ogóle gospodarek innych krajów kapitał intelektualny jest niezwykle istotny, ale może w pewnym stopniu już nie wystarczyć. W gospodarkach, w których osiągnięto już odpowiednio wysoki współczynnik wykształcenia społeczeństwa dużą rolę dla zwiększającego się PKB ma kapitał społeczny rozumiany jako zaufanie, współpraca, myślenie w kategoriach współodpowiedzialności i działania pro publico bono. Przejawia się to w zaufaniu obywateli do instytucji publicznych i przestrzeganiu wspólnych wartości. Prof. Czapiński definiuje rozumienie kapitału społecznego jako sieci społeczne regulowane normami moralnymi lub zwyczajem (a nie, lub nie tylko formalnymi zasadami prawnymi).
W Polsce brak jest przede wszystkim zaufania do instytucji publicznych, w tym do szkoły. Nie przygotowuje ona do bycia razem, nie uczy współpracy. Jeżeli jednak tak nie jest, to nie jest to jej zasługą. Wynika to z zupełnie innego faktu, a mianowicie charakterystycznych zachowań generacji określanej mianem pokolenia Y. Sieć internetowa powoduje, że ze sobą współpracują dzieląc się plikami, komunikują się intensywnie za pomocą komunikatorów i funkcjonują na portalach społecznościowych. Wykorzystują swój potencjał, którego nie chce zaangażować w sposób systemowy współczesna szkoła. W związku z tym, że tak wiele mówiono na wspomnianej konferencji o potrzebie innowacyjnych rozwiązań w edukacji łatwo jest zauważyć, że bez zaufania i współpracy bardzo trudno będzie zrealizować i wdrożyć postulowane rozwiązania. Bez kształcenia w szkole postaw wspierających tworzenie kapitału społecznego, nie jest możliwa dynamiczna modernizacja kraju. Brak zaufania do samych siebie, do siebie nawzajem, do szkoły, do państwa stanie się elementem hamulcowym dla tworzenie kapitału społecznego. Szkoła poprzez sam system oceniania – wyznaczania zwycięzców, motywowania uczniów komunikatami typu: „kto zrobi pierwszy, ten otrzyma nagrodę” zakłada, że będą przegrani. System egzaminów zewnętrznych i rankingi sprzyjają rywalizacji. Sama szkoła za cel stawia sobie przygotowanie uczniów do egzaminów, a nauczycieli rozlicza w wyników egzaminacyjnych. W ostatnim wywiadzie w radiowych Sygnałach dniach pani minister uzasadniała próbny egzamin maturalny jako sposób dostarczenia nauczycielom informacji o tym, co jeszcze powinni zrobić, aby lepiej przygotować uczniów do egzaminu maturalnego. Można byłoby wnioskować, że głównym celem edukacji jest przygotowywanie uczniów do rozwiązywania zadań egzaminacyjnych, a nie przygotowanie do życia w przyszłości. I mimo że w podstawie programowej wśród ośmiu najważniejszych umiejętności wymienia się umiejętność pracy zespołowej, to powszechne rankingi, kolejne ministerialne propozycje oceny szkół przez organy prowadzące i nadzór pedagogiczny na pewno nie służą współpracy, zaufaniu i tym samym budowaniu kapitału społecznego, a dalej kształceniu postaw obywatelskich. Nie budują również zaufania do instytucji jaką jest szkoły. Powszechnie potrzebna debata o wizji polskiej edukacji zastępowana jest dyskusją dotyczącą listy lektur, nowych zadań egzaminacyjnych i kryteriów oceny pracy nauczyciela. A sama podstawa programowa – zdaniem prof. Zofii Kłakówny – to jedynie ściąga dla egzaminatorów, a szkoła to fabryka statystyk. System edukacyjny wyczerpał się w obecnej formie. Wyeksploatowaliśmy go już maksymalnie – tak jak kopalnie. Wartość wykształcenia się zdewaluowała. Coraz więcej mamy wykształconych ludzi i jednocześnie coraz więcej kryzysów, szkolnych niepowodzeń. Coraz częściej pojawiają się głosy o potrzebie stworzenia nowego modelu edukacji, w którym kreatywność i docenienie ludzkich zdolności będzie podstawą tworzenia nowego systemu, a nie dominowanie jedynie akademickiego model kształcenia.


W Polsce brak jest przede wszystkim zaufania do instytucji publicznych, w tym do szkoły. Nie przygotowuje ona do bycia razem, nie uczy współpracy. Jeżeli jednak tak nie jest, to nie jest to jej zasługą. Wynika to z zupełnie innego faktu, a mianowicie charakterystycznych zachowań generacji określanej mianem pokolenia Y. Sieć internetowa powoduje, że ze sobą współpracują dzieląc się plikami, komunikują się intensywnie za pomocą komunikatorów i funkcjonują na portalach społecznościowych. Wykorzystują swój potencjał, którego nie chce zaangażować w sposób systemowy współczesna szkoła. W związku z tym, że tak wiele mówiono na wspomnianej konferencji o potrzebie innowacyjnych rozwiązań w edukacji łatwo jest zauważyć, że bez zaufania i współpracy bardzo trudno będzie zrealizować i wdrożyć postulowane rozwiązania. Bez kształcenia w szkole postaw wspierających tworzenie kapitału społecznego, nie jest możliwa dynamiczna modernizacja kraju. Brak zaufania do samych siebie, do siebie nawzajem, do szkoły, do państwa stanie się elementem hamulcowym dla tworzenie kapitału społecznego. Szkoła poprzez sam system oceniania – wyznaczania zwycięzców, motywowania uczniów komunikatami typu: „kto zrobi pierwszy, ten otrzyma nagrodę” zakłada, że będą przegrani. System egzaminów zewnętrznych i rankingi sprzyjają rywalizacji. Sama szkoła za cel stawia sobie przygotowanie uczniów do egzaminów, a nauczycieli rozlicza w wyników egzaminacyjnych. W ostatnim wywiadzie w radiowych Sygnałach dniach pani minister uzasadniała próbny egzamin maturalny jako sposób dostarczenia nauczycielom informacji o tym, co jeszcze powinni zrobić, aby lepiej przygotować uczniów do egzaminu maturalnego. Można byłoby wnioskować, że głównym celem edukacji jest przygotowywanie uczniów do rozwiązywania zadań egzaminacyjnych, a nie przygotowanie do życia w przyszłości. I mimo że w podstawie programowej wśród ośmiu najważniejszych umiejętności wymienia się umiejętność pracy zespołowej, to powszechne rankingi, kolejne ministerialne propozycje oceny szkół przez organy prowadzące i nadzór pedagogiczny na pewno nie służą współpracy, zaufaniu i tym samym budowaniu kapitału społecznego, a dalej kształceniu postaw obywatelskich. Nie budują również zaufania do instytucji jaką jest szkoły. Powszechnie potrzebna debata o wizji polskiej edukacji zastępowana jest dyskusją dotyczącą listy lektur, nowych zadań egzaminacyjnych i kryteriów oceny pracy nauczyciela. A sama podstawa programowa – zdaniem prof. Zofii Kłakówny – to jedynie ściąga dla egzaminatorów, a szkoła to fabryka statystyk. System edukacyjny wyczerpał się w obecnej formie. Wyeksploatowaliśmy go już maksymalnie – tak jak kopalnie. Wartość wykształcenia się zdewaluowała. Coraz więcej mamy wykształconych ludzi i jednocześnie coraz więcej kryzysów, szkolnych niepowodzeń. Coraz częściej pojawiają się głosy o potrzebie stworzenia nowego modelu edukacji, w którym kreatywność i docenienie ludzkich zdolności będzie podstawą tworzenia nowego systemu, a nie dominowanie jedynie akademickiego model kształcenia.
piątek, 31 lipca 2009
Stephen Covey o sprawach pilnych i ważnych
Marek Hyla zamieścił na swoim blogu piękną relację ze swoich tegorocznych wakacji. Pozazdrościłem, ale nie była to zawiść, a raczej tęsknota za spędzaniem czasu w sposób, który nie tylko pozwala nabrać i odzyskać siły, podnieść utracony poziom energii, ale również spędzić ten czas z rodziną oraz bliskimi w naprawdę twórczy i pożyteczny sposób. Uświadomiłem sobie, że ostatnio sprawy z kategorii pilnych przesłoniły sprawy dla mnie ważne i priorytetowe. Marek Hyla doskonale zna koncepcję Stephena Coveya. Zna i konsekwentnie ją stosuje.
Koncepcja Coveya zarządzania czasem (nazwana przez autora "zarządzanie sobą w czasie") jest najlepszą, jaką dotychczas poznałem. Covey wszelkie nasze aktywności podzielił na cztery kategorie wyznaczone przez sprawy pilne i ważne. Pilność oznacza związek z czasem wykonania zadania, uwarunkowana jest konkretnym terminem w kalendarzu, to również rzeczy, które muszą być zrobione szybko, natychmiast, działania wymagające natychmiastowej uwagi. Ważność to sprawy priorytetowe w naszym życiu czynności, istotne dla naszego rozwoju, zdrowia, czas poświęcony naszym najbliższym, sprawy najważniejsze związane z wyznaczonymi przez nas celami.
Warto pamiętać, że pilne nie zawsze oznacza ważne. Sprawa staje się pilną z powodu terminu, w którym powinniśmy wykonać zadanie. Z tego właśnie powodu ludzie uważają sprawy za ważne. Z moich doświadczeń wynika, że większość spraw w organizacjach to tylko pilne. Obserwuję, jak czynności tej kategorii bardzo często zajmują pracownikom całe dnie. A przecież życie pełne sensu nie ma nic wspólnego z szybkością ani wydajnością. To raczej kwestia tego, co robimy i dlaczego, a nie jak szybko to zrobiliśmy. Ważne jest, by uświadomić sobie, że sama pilność nie stanowi problemu. Problem powstaje dopiero wtedy, gdy to ona, a nie ważność okazuje się czynnikiem dominującym w naszym życiu. Im więcej jest w naszym życiu rzeczy pilnych, tym mniej jest w nim rzeczy ważnych.
I jeszcze jedno, zamiast skupiać się na właściwym robieniu rzeczy, trzeba koncentrować uwagę na robieniu właściwych rzeczy. Dlatego często zadaję sobie pytanie, czy czynność, którą wykonuję jest ważna z punktu mojego życia? Czy koncentruję się jedynie na precyzyjnym wykonaniu zadania, czy jednak skupiam uwagę na naprawdę istotnych sprawach? To my wybieramy, co robimy, czym się zajmujemy i na czym się koncentrujemy. Miejsce, w którym się obecnie znajdujemy, jest konsekwencją naszych dotychczasowych wyborów.
Co mógłbyś robić systematycznie na co dzień, a czego nie robisz, by znacznie poprawić Twoje życie prywatne? Co mógłbyś robić systematycznie na co dzień, a czego nie robisz, by znacznie poprawić życie zawodowe? Pytania te Covey zadaje uczestnikom swoich szkoleń i od razu zadaje drugie pytanie: dlaczego to, co ważne z punktu naszego życia podporządkowane jest sprawom pilnym i nieważnym? Dlaczego sprawy dla nas ważne spychane są przez rzeczy nieistotne. Odpowiedź jest prosta, sprawy ważne nie mają terminu. A pilność często utożsamiana jest błędnie z ważnością.


Koncepcja Coveya zarządzania czasem (nazwana przez autora "zarządzanie sobą w czasie") jest najlepszą, jaką dotychczas poznałem. Covey wszelkie nasze aktywności podzielił na cztery kategorie wyznaczone przez sprawy pilne i ważne. Pilność oznacza związek z czasem wykonania zadania, uwarunkowana jest konkretnym terminem w kalendarzu, to również rzeczy, które muszą być zrobione szybko, natychmiast, działania wymagające natychmiastowej uwagi. Ważność to sprawy priorytetowe w naszym życiu czynności, istotne dla naszego rozwoju, zdrowia, czas poświęcony naszym najbliższym, sprawy najważniejsze związane z wyznaczonymi przez nas celami.
Warto pamiętać, że pilne nie zawsze oznacza ważne. Sprawa staje się pilną z powodu terminu, w którym powinniśmy wykonać zadanie. Z tego właśnie powodu ludzie uważają sprawy za ważne. Z moich doświadczeń wynika, że większość spraw w organizacjach to tylko pilne. Obserwuję, jak czynności tej kategorii bardzo często zajmują pracownikom całe dnie. A przecież życie pełne sensu nie ma nic wspólnego z szybkością ani wydajnością. To raczej kwestia tego, co robimy i dlaczego, a nie jak szybko to zrobiliśmy. Ważne jest, by uświadomić sobie, że sama pilność nie stanowi problemu. Problem powstaje dopiero wtedy, gdy to ona, a nie ważność okazuje się czynnikiem dominującym w naszym życiu. Im więcej jest w naszym życiu rzeczy pilnych, tym mniej jest w nim rzeczy ważnych.
I jeszcze jedno, zamiast skupiać się na właściwym robieniu rzeczy, trzeba koncentrować uwagę na robieniu właściwych rzeczy. Dlatego często zadaję sobie pytanie, czy czynność, którą wykonuję jest ważna z punktu mojego życia? Czy koncentruję się jedynie na precyzyjnym wykonaniu zadania, czy jednak skupiam uwagę na naprawdę istotnych sprawach? To my wybieramy, co robimy, czym się zajmujemy i na czym się koncentrujemy. Miejsce, w którym się obecnie znajdujemy, jest konsekwencją naszych dotychczasowych wyborów.
Co mógłbyś robić systematycznie na co dzień, a czego nie robisz, by znacznie poprawić Twoje życie prywatne? Co mógłbyś robić systematycznie na co dzień, a czego nie robisz, by znacznie poprawić życie zawodowe? Pytania te Covey zadaje uczestnikom swoich szkoleń i od razu zadaje drugie pytanie: dlaczego to, co ważne z punktu naszego życia podporządkowane jest sprawom pilnym i nieważnym? Dlaczego sprawy dla nas ważne spychane są przez rzeczy nieistotne. Odpowiedź jest prosta, sprawy ważne nie mają terminu. A pilność często utożsamiana jest błędnie z ważnością.
czwartek, 30 lipca 2009
Talent nie wystarczy
Śledzę z uwagą losy moich byłych uczniów. Portale społecznościowe są dla mnie ogromnym źródłem wiedzy na ich temat. Ich zawodowe kariery często mnie zaskakują. Nie zawsze ci, którzy odnosili sukces w szkole, dziś są osobami spełnionymi. Dlaczego tak się dzieje, że „dobrze rokujący” wcale takimi się nie okazali? Ostatnio odezwali się do mnie kolejni uczniowie. Słabo ich pamiętałem, nie byli szkolnymi gwiazdami, które były wszędzie obecne. Jednak dziś mówią o swoim sukcesie, bo nie uwierzyli w szybką karierę, ale wiedzieli, że sukces okupiony jest wieloletnią konsekwentną pracą. Dziś odczuwają satysfakcję i wspominają, jak ważną rolę odegrała w ich życiu szkoła z zupełnie nową koncepcją wychowawczą i dydaktyczną. Drogi na skróty - jak mówi Stephen Covey - nie ma. Trudno stać się wybitnym pianistą z dnia na dzień. Natomiast pewniacy, na których stawiałem, niekoniecznie dziś nazywają się ludźmi sukcesu. Za szybko ulegli przekonaniu, że wystarczy inteligencja, spryt i pomysł, aby znaleźć się w gronie najlepszych. Wszyscy mieli te same warunki w szkole, ale nie wszyscy wykorzystali właściwie swój czas. Ci, którzy zainwestowali w budowanie charakteru opartego na zasadach i wartościach dziś są naprawdę ludźmi spełnionymi i zadowolonymi z życia. Praca, środowisko, wykorzystanie czasu i miejsca oraz wsparcie innych zdecydowały o tym, że mówią o sobie w kategoriach sukcesu.
Talent to tylko część gwarantująca w przyszłości wielki sukces. Talent, aby stał się prawdziwym talentem wymaga pracy i to – jak dowodzą badania - przynajmniej 10 tysięcy godzin, aby można było mówić o zauważalnych efektach. Tylko nieliczni zdobywają się na długie godziny treningu, ćwiczeń i pracy, które mają doprowadzić ich do sukcesu. Bill Gates, Amadeusz Mozart, Robert Kubica, Adam Małysz, Rafał Blechacz, Agnieszka Radwańska – każdy z nich spędził tysiące godzin na doskonaleniu swoich umiejętności. Malcolm Gladwell wyliczył, że osoby te nie mogłyby mówić dziś o swoim sukcesie, gdyby nie odpowiednia ilość czasu poświęcona na szlifowanie swoich umiejętności. Ale – jak twierdzi w swojej wyjątkowej książce - to nie wszystko. Do tego potrzeba też szczęścia, aby trafić w odpowiedni czas i miejsce. To czas transformacji pomógł wielu moim uczniom zainwestować pracę w rozwój ich własnych talentów i zasobów. Dlatego dziś odnoszą prawdziwe sukcesy. Zbieg okoliczności, który sprawił powstanie w ich okolicy szkoły umożliwiającej m.in. intensywną naukę języka angielskiego i niemieckiego z pewnością pomógł. A jednak i to nie wystarcza. Gladwell dalej przekonuje, że nie można byłoby mówić o sukcesie pracując samemu. Stąd sukces zarówno Kubicy, Gatesa, jak i wielu, których wymienia w swojej książce, nie byłby możliwy bez wsparcia rodziców, czy nauczycieli. Fakt, że dodatkowo w ramach pomocy rządu kanadyjskiego w szkole w latach 90-tych uczyli w mojej szkole nauczyciele z Kanady, na pewno sprawił, że intensywna nauka pod ich okiem sprawiła, że mogli zdawać z sukcesem egzaminy FCE. To jednak nie koniec czynników decydujących o przyszłym sukcesie. Niezwykle istotnym jest również środowisko kulturowe, w którym się urodziliśmy, wychowujemy i pracujemy. To również ono decyduje i w dużym stopniu pomaga lub uniemożliwia osiągnięcie sukcesu.
Wszelkie rozważania na temat odkrywania i rozwijania talentu w naszych szkołach na niewiele się zdadzą, jeżeli nie weźmiemy pod uwagę tych wszystkich czynników, które wymienia Gladwell. Dlatego tak ważne jest, aby nie kreować przekonania na temat niezwykle uzdolnionych dzieci, które bez wysiłku osiągają sukcesy. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że tak zwane zdolne dzieci, które przychodzą do szkoły i w jednym roku realizują program dwóch klas, niekoniecznie w przyszłości osiągną spektakularny sukces. Potrzeba oprócz inteligencji, pracy i dyscypliny jeszcze wsparcia innych osób, trafienia w odpowiedni czas i miejsce. Wystarczy spojrzeć na karierę Adama Małysza, aby przekonać się, że nie tylko długie godziny treningu zdecydowały o jego wielkiej karierze. Spójrzmy, jak wielu ludzi pracowało na jego sukces. Jak liczny jest sztab trenerów, lekarzy, psychologów, który wspiera pracę Małysza. Sam talent tu nie wystarczył. Czy w naszych szkołach nasi uczniowie mogą mówić o tym, że nad ich talentami pochylają się liczni specjaliści, którzy sprawiają, że rozkwitają wielkie talenty? Ostatnio w prasie pojawiły się komentarze po tym, jak CKE ogłosiła wyniki badań. Jak się okazało, szkoła w większości przypadków ani nie uczy, ani nie szkodzi. Tylko nieliczne potrafią kształcić prawdziwych liderów i elity przyszłości. jednocześnie mając świadomość, że same tu niczego nie zdziałają współpracują z rodzicami wykorzystując potencjał miejsca i czasu. Po prostu są obecne „tu i teraz”.


Talent to tylko część gwarantująca w przyszłości wielki sukces. Talent, aby stał się prawdziwym talentem wymaga pracy i to – jak dowodzą badania - przynajmniej 10 tysięcy godzin, aby można było mówić o zauważalnych efektach. Tylko nieliczni zdobywają się na długie godziny treningu, ćwiczeń i pracy, które mają doprowadzić ich do sukcesu. Bill Gates, Amadeusz Mozart, Robert Kubica, Adam Małysz, Rafał Blechacz, Agnieszka Radwańska – każdy z nich spędził tysiące godzin na doskonaleniu swoich umiejętności. Malcolm Gladwell wyliczył, że osoby te nie mogłyby mówić dziś o swoim sukcesie, gdyby nie odpowiednia ilość czasu poświęcona na szlifowanie swoich umiejętności. Ale – jak twierdzi w swojej wyjątkowej książce - to nie wszystko. Do tego potrzeba też szczęścia, aby trafić w odpowiedni czas i miejsce. To czas transformacji pomógł wielu moim uczniom zainwestować pracę w rozwój ich własnych talentów i zasobów. Dlatego dziś odnoszą prawdziwe sukcesy. Zbieg okoliczności, który sprawił powstanie w ich okolicy szkoły umożliwiającej m.in. intensywną naukę języka angielskiego i niemieckiego z pewnością pomógł. A jednak i to nie wystarcza. Gladwell dalej przekonuje, że nie można byłoby mówić o sukcesie pracując samemu. Stąd sukces zarówno Kubicy, Gatesa, jak i wielu, których wymienia w swojej książce, nie byłby możliwy bez wsparcia rodziców, czy nauczycieli. Fakt, że dodatkowo w ramach pomocy rządu kanadyjskiego w szkole w latach 90-tych uczyli w mojej szkole nauczyciele z Kanady, na pewno sprawił, że intensywna nauka pod ich okiem sprawiła, że mogli zdawać z sukcesem egzaminy FCE. To jednak nie koniec czynników decydujących o przyszłym sukcesie. Niezwykle istotnym jest również środowisko kulturowe, w którym się urodziliśmy, wychowujemy i pracujemy. To również ono decyduje i w dużym stopniu pomaga lub uniemożliwia osiągnięcie sukcesu.
Wszelkie rozważania na temat odkrywania i rozwijania talentu w naszych szkołach na niewiele się zdadzą, jeżeli nie weźmiemy pod uwagę tych wszystkich czynników, które wymienia Gladwell. Dlatego tak ważne jest, aby nie kreować przekonania na temat niezwykle uzdolnionych dzieci, które bez wysiłku osiągają sukcesy. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że tak zwane zdolne dzieci, które przychodzą do szkoły i w jednym roku realizują program dwóch klas, niekoniecznie w przyszłości osiągną spektakularny sukces. Potrzeba oprócz inteligencji, pracy i dyscypliny jeszcze wsparcia innych osób, trafienia w odpowiedni czas i miejsce. Wystarczy spojrzeć na karierę Adama Małysza, aby przekonać się, że nie tylko długie godziny treningu zdecydowały o jego wielkiej karierze. Spójrzmy, jak wielu ludzi pracowało na jego sukces. Jak liczny jest sztab trenerów, lekarzy, psychologów, który wspiera pracę Małysza. Sam talent tu nie wystarczył. Czy w naszych szkołach nasi uczniowie mogą mówić o tym, że nad ich talentami pochylają się liczni specjaliści, którzy sprawiają, że rozkwitają wielkie talenty? Ostatnio w prasie pojawiły się komentarze po tym, jak CKE ogłosiła wyniki badań. Jak się okazało, szkoła w większości przypadków ani nie uczy, ani nie szkodzi. Tylko nieliczne potrafią kształcić prawdziwych liderów i elity przyszłości. jednocześnie mając świadomość, że same tu niczego nie zdziałają współpracują z rodzicami wykorzystując potencjał miejsca i czasu. Po prostu są obecne „tu i teraz”.
niedziela, 12 lipca 2009
Komu potrzebne są wakacje?
Malcolm Gladwell w swojej ostatniej książce „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu” wychodząc poza tradycyjny sposób myślenia dowodzi, że długość wakacji decyduje o osiągnięciach uczniów i ich przyszłych sukcesach. Japońscy uczniowie mają wakacyjnych dni najmniej, w szkole spędzają bowiem aż 243 dni, amerykańscy uczniowie zaledwie 180 dni w roku. Badania przeprowadzone przez amerykańskiego socjologa, Karla Alexandra z Uniwersytetu im. Johna Hopkinsa, wskazują, że o sukcesie decyduje w większym stopniu niż inteligencja, czy zdolności, jakość czasu spędzonego podczas wakacji.
U dzieci z biednych rodzin w czasie wakacji następuje regres w wynikach testów z matematyki i czytania. Natomiast u dzieci bogatych wyniki te poprawiają się aż o 15 punktów. Tak więc w ciągu całego cyklu nauczania przyrost ten wynosi u tych ostatnich aż 52,49 pkt, A u biednych zaledwie 0.26 pkt. Wnioski, które można wysunąć o większych zdolnościach, inteligencji dzieci bogatszych nie są uzasadnione. Bowiem w czasie roku szkolnego od września do czerwca przyrost wiedzy jest w obu grupach uczniów niemal identyczny, a czasami u dzieci z rodzin biednych nawet wyższy. Gladwell na podstawie prac Alexandra twierdzi, że dyskusja nad oświatą w Stanach Zjednoczonych nie dotyka istoty rzeczy. O sukcesie nie decyduje ani liczebność klas, ani zmiany programowe, ani zakupy nowiutkich laptopów i zwiększenie wydatków na oświatę, ale przede wszystkim sposób spędzania wolnego czasu. Dzieci z biednych rodzin spędzają wakacje z kolegami, długo przebywają na świeżym powietrzu, bawią się, często pomagając w tym czasie rodzicom, a w wolnych chwilach oglądają telewizję. Natomiast dzieci z bogatych rodzin zwiedzają muzea, podróżują, czytają książki (w przeciwieństwie do rodziców biednych uczniów ci ostatni rodzice posiadają bogato wyposażone domowe biblioteki). Badania te stały się podstawą do stworzenia koncepcji eksperymentalnej szkoły w Nowym Jorku. Jedna z nich powstała w jego najniebezpieczniejszej dzielnicy. Szkoła nazywa się KIPP (Knowledge Is Power Program (Program „Wiedza to potęga”). O przyjęciu do niej nie decydują egzaminy, ale losowanie. Każdy więc mieszkający m.in. w Bronksie ma równą szansę, aby się do niej dostać. Wyniki pracy szkoły są rewelacyjne – twierdzi Gladwell, a problem z niskimi wynikami w nauce, który dotyka środowisko dzieci z biednych rodzin, to długość spędzonego w szkole czasu. To on decyduje o sukcesie dzieci z tej biednej dzielnicy. Danie szansy uczniom na dłuższy pobyt i zwrócenie uwagi na lepsze wykorzystanie wolnego czasu sprawiło, że uczniowie ze szkoły KIPP odnosili sukcesy podobne do kolegów z bogatych rodzin. Jednak uczniowie ci spędzają w szkole czas już od 7.45 rano i uczą się aż do piątej po południu, a później jeszcze przeznaczają dodatkowo czas na zadania domowe kończąc w ten sposób swój dzień pracy często nawet po dziewiątej wieczorem.
Gladwell w podsumowaniu rozdziału o niewątpliwych sukcesach uczniów z biednych dzielnic stwierdza, że nie potrzebujemy nowej szkoły, hektarów boisk sportowych ani lśniących pracowni. Uczniowie nie potrzebuję laptopa, mniejszej klasy, nauczyciela z doktoratem ani większego mieszkania. Nie potrzebuje też większego ilorazu inteligencji. Owszem wszystko to z pewnością się przydaje. Jednak nie w tym rzecz. Uczniowie potrzebują dania im szansy, bo tym uczniom w świecie, w który przyszło im żyć rzadko dana jest choćby jedna sposobność odniesienia prawdziwego sukcesu. Popatrzmy na szansę, którą otrzymali uczniowie w szkołach KIPP. Otrzymali coś, co dzieci z klasy średniej i wyższej mają w naturalny sposób. Podczas weekendów i wakacji mogą bowiem stale uczyć się czegoś nowego, uczestniczyć w obozach i wycieczkach edukacyjnych. W szkołach KIPP uczniowie z biednych rodzin czas ten nadrabiają na dodatkowych zajęciach w szkole. Jednak to nie jest opowieść o cudownej szkole, która zamienia przegrywających w zwycięzców. To historia szkoły, w której czas spędzony na nauce zwiększony jest w stosunku do typowej publicznej szkoły nawet do 60 procent.
Gladwell poddaje też krytyce system oświaty i model edukacji rodem z XIX wieku, który próbuje dostosować się do wymogów społeczeństwa. Błędna okazała się koncepcja równoważenia wysiłku odpoczynkiem. Różnice kulturowe mogą mieć dalekosiężny wpływ na proces zdobywania wiedzy przez uczniów w dniu dzisiejszym, a przykład uczniów ze szkół KIPP może być znakomitą inspiracją dla reformatorów polskiego szkolnictwa. Kiedy pani Katarzyna Hall zaraz na początku objęcia teki ministra edukacji chciała skrócić wakacje polskim uczniom, odezwał się wielki krzyk, czy jednak słusznie? Być może powód, dla którego chciała to zrobić, nie był dostatecznie jasny.
PS. The New York Times publikuje listę bestsellerów, na której można znaleźć m.in. inną książkę Malcolma Gladwella

U dzieci z biednych rodzin w czasie wakacji następuje regres w wynikach testów z matematyki i czytania. Natomiast u dzieci bogatych wyniki te poprawiają się aż o 15 punktów. Tak więc w ciągu całego cyklu nauczania przyrost ten wynosi u tych ostatnich aż 52,49 pkt, A u biednych zaledwie 0.26 pkt. Wnioski, które można wysunąć o większych zdolnościach, inteligencji dzieci bogatszych nie są uzasadnione. Bowiem w czasie roku szkolnego od września do czerwca przyrost wiedzy jest w obu grupach uczniów niemal identyczny, a czasami u dzieci z rodzin biednych nawet wyższy. Gladwell na podstawie prac Alexandra twierdzi, że dyskusja nad oświatą w Stanach Zjednoczonych nie dotyka istoty rzeczy. O sukcesie nie decyduje ani liczebność klas, ani zmiany programowe, ani zakupy nowiutkich laptopów i zwiększenie wydatków na oświatę, ale przede wszystkim sposób spędzania wolnego czasu. Dzieci z biednych rodzin spędzają wakacje z kolegami, długo przebywają na świeżym powietrzu, bawią się, często pomagając w tym czasie rodzicom, a w wolnych chwilach oglądają telewizję. Natomiast dzieci z bogatych rodzin zwiedzają muzea, podróżują, czytają książki (w przeciwieństwie do rodziców biednych uczniów ci ostatni rodzice posiadają bogato wyposażone domowe biblioteki). Badania te stały się podstawą do stworzenia koncepcji eksperymentalnej szkoły w Nowym Jorku. Jedna z nich powstała w jego najniebezpieczniejszej dzielnicy. Szkoła nazywa się KIPP (Knowledge Is Power Program (Program „Wiedza to potęga”). O przyjęciu do niej nie decydują egzaminy, ale losowanie. Każdy więc mieszkający m.in. w Bronksie ma równą szansę, aby się do niej dostać. Wyniki pracy szkoły są rewelacyjne – twierdzi Gladwell, a problem z niskimi wynikami w nauce, który dotyka środowisko dzieci z biednych rodzin, to długość spędzonego w szkole czasu. To on decyduje o sukcesie dzieci z tej biednej dzielnicy. Danie szansy uczniom na dłuższy pobyt i zwrócenie uwagi na lepsze wykorzystanie wolnego czasu sprawiło, że uczniowie ze szkoły KIPP odnosili sukcesy podobne do kolegów z bogatych rodzin. Jednak uczniowie ci spędzają w szkole czas już od 7.45 rano i uczą się aż do piątej po południu, a później jeszcze przeznaczają dodatkowo czas na zadania domowe kończąc w ten sposób swój dzień pracy często nawet po dziewiątej wieczorem.
Gladwell w podsumowaniu rozdziału o niewątpliwych sukcesach uczniów z biednych dzielnic stwierdza, że nie potrzebujemy nowej szkoły, hektarów boisk sportowych ani lśniących pracowni. Uczniowie nie potrzebuję laptopa, mniejszej klasy, nauczyciela z doktoratem ani większego mieszkania. Nie potrzebuje też większego ilorazu inteligencji. Owszem wszystko to z pewnością się przydaje. Jednak nie w tym rzecz. Uczniowie potrzebują dania im szansy, bo tym uczniom w świecie, w który przyszło im żyć rzadko dana jest choćby jedna sposobność odniesienia prawdziwego sukcesu. Popatrzmy na szansę, którą otrzymali uczniowie w szkołach KIPP. Otrzymali coś, co dzieci z klasy średniej i wyższej mają w naturalny sposób. Podczas weekendów i wakacji mogą bowiem stale uczyć się czegoś nowego, uczestniczyć w obozach i wycieczkach edukacyjnych. W szkołach KIPP uczniowie z biednych rodzin czas ten nadrabiają na dodatkowych zajęciach w szkole. Jednak to nie jest opowieść o cudownej szkole, która zamienia przegrywających w zwycięzców. To historia szkoły, w której czas spędzony na nauce zwiększony jest w stosunku do typowej publicznej szkoły nawet do 60 procent.
Gladwell poddaje też krytyce system oświaty i model edukacji rodem z XIX wieku, który próbuje dostosować się do wymogów społeczeństwa. Błędna okazała się koncepcja równoważenia wysiłku odpoczynkiem. Różnice kulturowe mogą mieć dalekosiężny wpływ na proces zdobywania wiedzy przez uczniów w dniu dzisiejszym, a przykład uczniów ze szkół KIPP może być znakomitą inspiracją dla reformatorów polskiego szkolnictwa. Kiedy pani Katarzyna Hall zaraz na początku objęcia teki ministra edukacji chciała skrócić wakacje polskim uczniom, odezwał się wielki krzyk, czy jednak słusznie? Być może powód, dla którego chciała to zrobić, nie był dostatecznie jasny.
PS. The New York Times publikuje listę bestsellerów, na której można znaleźć m.in. inną książkę Malcolma Gladwella
środa, 17 czerwca 2009
Szczęście dla zuchwałych
Tak zatytułowano jeden z wywiadów zamieszczony w czwartym już numerze MaleMen’a, Profesor John D. Krumboltz – amerykański psycholog, współautor książki „Szczęście to nie przypadek” – mówi w nim o szczęściu, miłości, pracy, planowaniu i osiąganiu celów.
Przeczytałem ten wywiad z zainteresowanie. Poczułem siłę, bo znalazłem kolejne argumenty, aby nie tkwić w schematach i modelach myślowych, ale starać się wychodzić poza dotychczasowe paradygmaty i stereotypy. Każdy może być szczęśliwy, pod warunkiem, że da sobie na to szansę. Skąd tylu nieszczęśliwych wokół nas ludzi? Po pierwsze, staramy się realizować oczekiwania społeczne, często pod presją rówieśników, znajomych, czy też naszych rodziców. Drugi powód, dla którego ludzie nie odczuwają szczęścia to zwykłe lenistwo. Na szczęście bowiem trzeba sobie zapracować, ale tylko trochę – twierdzi prof. Krumboltz. To nie jest trudno, ale nie każdemu się chce. A przecież wystarczy zajmować się tym, co naprawdę lubimy, co nas interesuje, co nas inspiruje i ciekawi. Wymaga to jednak szczerości wobec samego siebie i odwagi, aby to zrobić. Praca pochłania nam dzisiaj tak dużo czasu, że lepiej dla nas, jeśli ją lubimy. W przeciwnym razie odbiera nam energię i chęć do życia – podsumowuje prof. Krumboltz i przekonuje, że już przez sam fakt robienia tego, co kochamy, otrzymujemy ogromną gratyfikację. Niekoniecznie finansową, ale badania pokazują, że ludzi prawdziwie szczęśliwi nie kierują się w życiu chęcią zysku. Robią, co kochają, a nagroda często przychodzi niejako „przy okazji”. Tak jak było to w przypadku Gatesa, Bronsona czy wielu innych, o których możemy czytać w wielu magazynach.
Sam obserwuję wiele osób z branży IT, które realizują swoje marzenie, czerpią z tego satysfakcję, siłę i energię do działania. Powoli zdobywają pozycję i niezależność. Moja pasja kierowania miesięcznikiem „Edukacja i Dialog” jest dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji. Zajmując się jednocześnie projektami EFS zdobywam nowe umiejętności i nową wiedzę. Poznaję nowe metody zarządzania. Wiem, że tylko takie podejście do pracy pozwoli mi ją polubić i poczuć, że czas spędzony w pracy jest częścią mojego życia, którego nie mogę trwonić na narzekanie. Podjęcie nowych wyzwań to z mojej strony ryzykowna decyzja, ale tylko podejmując ryzyko, dajemy szansę losowi i samym sobie na przeżycie nieoczekiwanych zdarzeń. A te – zdaniem prof. Krumboltza - możemy tylko przekuć na sukces. Inny wybór, to nie robić nic. To decyzja indywidualna, którą podejmujemy zgodnie z naszymi przekonaniami i systemem wartości.
Warunkiem bycia szczęściarzem – mogę tak również powiedzieć o sobie – jest działanie. Jeśli nic nie robisz, niczego nie możesz zyskać. Dlatego nie mogę zrozumieć tych niezadowolonych z pracy, znudzonych nią i narzekających bez przerwy na swoje kierownictwo osób. Doradziłbym, aby jak najszybciej ją zmienić, zrezygnować, zaryzykować i odejść. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi w swojej pracy, to po co w niej dalej tkwić? Nie ryzykujemy wiele. Jeżeli porzucimy dotychczasową pracę na rzecz swoich pasji, zainteresowań, to tylko zwiększamy szansę na bycie szczęśliwą i spełnioną osoba. Robiąc to, co lubimy, nawet nie czujemy i nie odbieramy tego jako pracę. Powtarzam na szkoleniach narzekającym nauczycielom, że nie muszą nimi być, bo przecież wybrali ten zawód. A jeżeli nie są zadowoleni ze swojej pracy, to jak najprędzej powinni z niej zrezygnować. Będzie to z korzyścią nie tylko dla nich samych, ale i dla uczniów. Jak nieszczęśliwy, niespełniony i niezadowolony nauczyciel może wychować szczęśliwych i spełnionych obywateli? W odpowiedzi słyszę, że łatwo tak mówić, bo przecież trzeba zarabiać jakoś na chleb. Odpowiadam wówczas, że miliony ludzi zarabia na chleb nie będąc nauczycielami. Jestem tego przykładem. Zrezygnowałem po niemal piętnastu latach pracy jako nauczyciel i dziesięciu latach kierowania szkołą. Stwarzamy sobie tym samym szansę na rozwój i uczenie się nowych rzeczy. Jeśli naszym celem jest zdobycie pieniędzy, to z miejsca skazujemy się na izolację. Nie na porażkę, na izolację. Jeśli chodzi nam wyłącznie o pieniądze, to zawsze łączy się to z frustracją. Unikniemy tej frustracji, jeśli z pasją i z pasji będziemy wykonywać swoje codzienne zadania. Z doświadczenia wielu ludzi wynika, że pieniądze wtedy same przyjdą. To naturalna konsekwencja takiego działania, żaden idealizm. Tak powstają największe fortuny. Jednocześnie wiem, że pieniądze są tylko pochodną tego, co robię i czym się obecnie zajmuję.
Zachęcam więc na swoich zajęciach, aby poddać się autorefleksji. Rzadko przyglądamy się swoim wyborom, swoim motywacjom, w najdrobniejszych nawet sprawach. Zdaniem prof. Krumboltza z tego rodzi się wiedza o samym sobie, o swoich możliwościach, aspiracjach, o swoich kompleksach, które często – jeśli ich sobie nie uświadomimy – mącą nam obraz i przekaz tego, co przeżywamy, lub tego, co się wokół nas dzieje. Taki codzienny trening pozwala na szybkie rozpoznawanie, skąd i kiedy jakaś emocja zaczyna nami kierować. Możemy wówczas świadomie się jej poddać lub ją obserwować i adekwatnie do sytuacji reagować. A każdy dzień przynosi inne bodźce, inne uczucia i różne doświadczenia Tylko obecność „tu i teraz” pozwoli nam czuć się naprawdę szczęśliwymi. Eckhart Tolle w swojej ostatniej książce „Nowa ziemia” powiada, że żyjemy tylko w tej chwili i jest to najważniejsza chwila. Nie powinniśmy żyć tym czego już nie ma i tym, czego jeszcze nie ma. Najważniejszy czas to ten dany nam teraz. Od kilku lat odczuwam potęgę teraźniejszości i jej siłę. Zanurzeni w moment chwili odkrywamy swoje niezwykłe twórcze możliwości. To w tym momencie podejmujemy decyzje o naszych życiowych decyzjach.


Przeczytałem ten wywiad z zainteresowanie. Poczułem siłę, bo znalazłem kolejne argumenty, aby nie tkwić w schematach i modelach myślowych, ale starać się wychodzić poza dotychczasowe paradygmaty i stereotypy. Każdy może być szczęśliwy, pod warunkiem, że da sobie na to szansę. Skąd tylu nieszczęśliwych wokół nas ludzi? Po pierwsze, staramy się realizować oczekiwania społeczne, często pod presją rówieśników, znajomych, czy też naszych rodziców. Drugi powód, dla którego ludzie nie odczuwają szczęścia to zwykłe lenistwo. Na szczęście bowiem trzeba sobie zapracować, ale tylko trochę – twierdzi prof. Krumboltz. To nie jest trudno, ale nie każdemu się chce. A przecież wystarczy zajmować się tym, co naprawdę lubimy, co nas interesuje, co nas inspiruje i ciekawi. Wymaga to jednak szczerości wobec samego siebie i odwagi, aby to zrobić. Praca pochłania nam dzisiaj tak dużo czasu, że lepiej dla nas, jeśli ją lubimy. W przeciwnym razie odbiera nam energię i chęć do życia – podsumowuje prof. Krumboltz i przekonuje, że już przez sam fakt robienia tego, co kochamy, otrzymujemy ogromną gratyfikację. Niekoniecznie finansową, ale badania pokazują, że ludzi prawdziwie szczęśliwi nie kierują się w życiu chęcią zysku. Robią, co kochają, a nagroda często przychodzi niejako „przy okazji”. Tak jak było to w przypadku Gatesa, Bronsona czy wielu innych, o których możemy czytać w wielu magazynach.
Sam obserwuję wiele osób z branży IT, które realizują swoje marzenie, czerpią z tego satysfakcję, siłę i energię do działania. Powoli zdobywają pozycję i niezależność. Moja pasja kierowania miesięcznikiem „Edukacja i Dialog” jest dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji. Zajmując się jednocześnie projektami EFS zdobywam nowe umiejętności i nową wiedzę. Poznaję nowe metody zarządzania. Wiem, że tylko takie podejście do pracy pozwoli mi ją polubić i poczuć, że czas spędzony w pracy jest częścią mojego życia, którego nie mogę trwonić na narzekanie. Podjęcie nowych wyzwań to z mojej strony ryzykowna decyzja, ale tylko podejmując ryzyko, dajemy szansę losowi i samym sobie na przeżycie nieoczekiwanych zdarzeń. A te – zdaniem prof. Krumboltza - możemy tylko przekuć na sukces. Inny wybór, to nie robić nic. To decyzja indywidualna, którą podejmujemy zgodnie z naszymi przekonaniami i systemem wartości.
Warunkiem bycia szczęściarzem – mogę tak również powiedzieć o sobie – jest działanie. Jeśli nic nie robisz, niczego nie możesz zyskać. Dlatego nie mogę zrozumieć tych niezadowolonych z pracy, znudzonych nią i narzekających bez przerwy na swoje kierownictwo osób. Doradziłbym, aby jak najszybciej ją zmienić, zrezygnować, zaryzykować i odejść. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi w swojej pracy, to po co w niej dalej tkwić? Nie ryzykujemy wiele. Jeżeli porzucimy dotychczasową pracę na rzecz swoich pasji, zainteresowań, to tylko zwiększamy szansę na bycie szczęśliwą i spełnioną osoba. Robiąc to, co lubimy, nawet nie czujemy i nie odbieramy tego jako pracę. Powtarzam na szkoleniach narzekającym nauczycielom, że nie muszą nimi być, bo przecież wybrali ten zawód. A jeżeli nie są zadowoleni ze swojej pracy, to jak najprędzej powinni z niej zrezygnować. Będzie to z korzyścią nie tylko dla nich samych, ale i dla uczniów. Jak nieszczęśliwy, niespełniony i niezadowolony nauczyciel może wychować szczęśliwych i spełnionych obywateli? W odpowiedzi słyszę, że łatwo tak mówić, bo przecież trzeba zarabiać jakoś na chleb. Odpowiadam wówczas, że miliony ludzi zarabia na chleb nie będąc nauczycielami. Jestem tego przykładem. Zrezygnowałem po niemal piętnastu latach pracy jako nauczyciel i dziesięciu latach kierowania szkołą. Stwarzamy sobie tym samym szansę na rozwój i uczenie się nowych rzeczy. Jeśli naszym celem jest zdobycie pieniędzy, to z miejsca skazujemy się na izolację. Nie na porażkę, na izolację. Jeśli chodzi nam wyłącznie o pieniądze, to zawsze łączy się to z frustracją. Unikniemy tej frustracji, jeśli z pasją i z pasji będziemy wykonywać swoje codzienne zadania. Z doświadczenia wielu ludzi wynika, że pieniądze wtedy same przyjdą. To naturalna konsekwencja takiego działania, żaden idealizm. Tak powstają największe fortuny. Jednocześnie wiem, że pieniądze są tylko pochodną tego, co robię i czym się obecnie zajmuję.
Zachęcam więc na swoich zajęciach, aby poddać się autorefleksji. Rzadko przyglądamy się swoim wyborom, swoim motywacjom, w najdrobniejszych nawet sprawach. Zdaniem prof. Krumboltza z tego rodzi się wiedza o samym sobie, o swoich możliwościach, aspiracjach, o swoich kompleksach, które często – jeśli ich sobie nie uświadomimy – mącą nam obraz i przekaz tego, co przeżywamy, lub tego, co się wokół nas dzieje. Taki codzienny trening pozwala na szybkie rozpoznawanie, skąd i kiedy jakaś emocja zaczyna nami kierować. Możemy wówczas świadomie się jej poddać lub ją obserwować i adekwatnie do sytuacji reagować. A każdy dzień przynosi inne bodźce, inne uczucia i różne doświadczenia Tylko obecność „tu i teraz” pozwoli nam czuć się naprawdę szczęśliwymi. Eckhart Tolle w swojej ostatniej książce „Nowa ziemia” powiada, że żyjemy tylko w tej chwili i jest to najważniejsza chwila. Nie powinniśmy żyć tym czego już nie ma i tym, czego jeszcze nie ma. Najważniejszy czas to ten dany nam teraz. Od kilku lat odczuwam potęgę teraźniejszości i jej siłę. Zanurzeni w moment chwili odkrywamy swoje niezwykłe twórcze możliwości. To w tym momencie podejmujemy decyzje o naszych życiowych decyzjach.
Etykiety:
doskonalenie nauczycieli,
MaleMen,
wychowanie do szczęścia
Subskrybuj:
Posty (Atom)