Każda poważna rozmowa o przyszłości szkoły powinna zacząć się od uczciwego spojrzenia wstecz. Nie po to, by rozliczać kolejne reformy, ale by zrozumieć, dlaczego tak wiele z nich zatrzymało się w pół drogi. Po 1989 roku mieliśmy w Polsce moment wielkiej edukacyjnej nadziei: doświadczenie „Solidarności”, oświatę niezależną, narodziny szkół społecznych, samorządność i wiarę, że szkołę można zbudować inaczej. A jednak ten moment nie przerodził się w trwałą zmianę logiki edukacji. Zmienialiśmy struktury, programy, egzaminy i podstawy programowe, ale zbyt rzadko wracaliśmy do pytania najważniejszego: po co nam szkoła i jakiego człowieka ma dziś pomagać kształtować?
Jak to się zaczęło?
Lata 80. — Solidarność i oświata niezależna
Tu pojawia się energia oddolna: nauczyciele, rodzice, środowiska obywatelskie zaczynają myśleć o edukacji jako o przestrzeni wolności, odpowiedzialności i wychowania obywatelskiego. Działały środowiska niezależne, m.in. Rada Oświaty Niezależnej, której aktywność trwała do 1991 roku i była wspierana przez środowiska „Solidarności”.
1989–1991 — narodziny oświaty niepublicznej
Po przełomie 1989 roku zaczęły powstawać pierwsze szkoły społeczne. Społeczne Towarzystwo Oświatowe zostało zarejestrowane pod koniec 1987 roku, a w lutym 1989 roku uzyskano zgodę na utworzenie pierwszej szkoły STO. Prawne podstawy do rozwoju szkolnictwa niepublicznego stworzyła ustawa o systemie oświaty z 7 września 1991 roku.
Lata 90. — moment otwarcia i eksperymentu
To był czas, kiedy można było na nowo zapytać: szkoła państwowa czy obywatelska? centralna czy samorządowa? programowa czy rozwojowa? podporządkowana egzaminom czy nastawiona na dojrzewanie człowieka? Wtedy pojawiła się szansa na głęboką zmianę sensu szkoły.
1999 — wielka reforma strukturalna
Reforma z 1999 roku była jedną z największych zmian organizacyjnych: wprowadziła m.in. gimnazja i nową strukturę etapów edukacyjnych. W wielu opracowaniach wskazuje się ją jako największą zmianę po 1989 roku.
2017 — odwrócenie poprzedniej struktury
Reforma z 2017 roku przywróciła 8-letnią szkołę podstawową, 4-letnie liceum i 5-letnie technikum. Ministerstwo przedstawiało ją jako zmianę struktury szkoły oraz szkolnictwa zawodowego.
Dlaczego to utknęło?
Po pierwsze: zabrakło wspólnej odpowiedzi na pytanie „po co nam szkoła?”
Reformy były projektowane najczęściej jako zmiany administracyjne, programowe albo egzaminacyjne. Tymczasem pytanie najważniejsze jest wcześniejsze: czy szkoła ma głównie przekazywać wiedzę, selekcjonować, wychowywać, przygotowywać do rynku pracy, budować wspólnotę, rozwijać samodzielność, czy uczyć życia w świecie niepewności?
Po drugie: zwyciężyła logika systemu, nie logika ucznia.
System lubi porządek: klasy, roczniki, siatki godzin, podstawy programowe, egzaminy, arkusze, procedury. Uczenie się człowieka tak nie działa. Ono jest bardziej nierówne, relacyjne, poszukujące, zależne od sensu, motywacji, doświadczenia i spotkania z drugim człowiekiem.
Po trzecie: szkoła została wciągnięta w logikę kontroli.
Zamiast pytać, czy uczeń rozumie, coraz częściej pytamy, czy zrealizowano program, czy wykonano procedurę, czy wynik da się zmierzyć, która szkoła osiąga najwyższe wyniki na egzaminach. To daje pozór sprawności, ale niekoniecznie prowadzi do mądrości.
Po czwarte: zabrakło ciągłości.
Każda kolejna reforma chciała być początkiem od nowa. Zamiast rozwijać dobre praktyki, często kasowano poprzednie rozwiązania. W ten sposób szkoła nie miała czasu dojrzeć do głębokiej zmiany. Była ciągle reformowana, ale rzadko naprawdę prowadzona.
Apel do reformatorów
Nie potrzebujemy kolejnego remontu szkoły. Potrzebujemy odwagi, by zapytać, czy dom, który nazywamy szkołą, nadal nadaje się do życia.