Wokół reform edukacji narasta coraz więcej krytyki, niezadowolenia i frustracji. Słyszymy, że czegoś zabrakło w podstawach programowych, że ocenianie powinno służyć rozwojowi, że w szkole jest za dużo ideologii. Dyskutujemy o pracach domowych, dzwonkach, smartfonach, sztucznej inteligencji, relacjach, profilach absolwenta, autonomii nauczyciela i autonomii szkoły.
Brakuje jednak najważniejszego pytania, bo choć to wszystko to ważne tematy, ale coraz częściej mam wrażenie, że opisujemy stare problemy nowym językiem. Dotykamy objawów, a nie źródła. Przesuwamy meble w tym samym domu, malujemy ściany, wymieniamy okna, dokładamy nowe urządzenia, ale zbyt rzadko pytamy, czy ten dom nadal odpowiada temu, jak żyjemy, uczymy się, komunikujemy i rozumiemy świat.
Można użyć jeszcze mocniejszej metafory: szkoła przypomina dziś Titanica. Orkiestra nadal gra. Na górnych pokładach toczą się dyskusje o detalach organizacyjnych, procedurach, narzędziach i kolejnych korektach. Tymczasem dolne pokłady nabierają wody. Tonie sens, zaangażowanie, sprawstwo ucznia i nauczyciela. Tonie poczucie, że szkoła jest po coś więcej niż tylko po realizację programu, wystawienie ocen i przygotowanie do kolejnego egzaminu.
Czy zatem kolejne reformy naprawdę pomagają szkole?
Mam coraz większą wątpliwość. Reformujemy szkołę tak, jakby była przede wszystkim organizacją do sprawniejszego zarządzania, a nie przestrzenią, w której człowiek ma uczyć się rozumieć siebie, innych i świat. Można zmienić strukturę szkoły, podstawę programową, sposób oceniania czy listę narzędzi dydaktycznych. Ale jeśli nadal zakładamy, że uczeń ma głównie słuchać, zapamiętać, odtworzyć i zdać, pozostajemy w starej szkole.
Można wprowadzić „kompasy jutra”, technologie, tablice interaktywne, platformy e-learningowe, e-dzienniki, projekty i sztuczną inteligencję. Ale jeśli centrum systemu nadal stanowią kontrola, program, wynik i rozliczalność, to nie zmieniamy sensu edukacji. Zmieniamy jedynie jej opakowanie.
Prawdziwa reforma zaczyna się dopiero wtedy, gdy pytamy nie o to, jak szkołę usprawnić, lecz po co szkoła jest dziś potrzebna człowiekowi. I czy jej obecna logika nadal odpowiada światu, w którym wiedza jest dostępna natychmiast, odpowiedzi generuje sztuczna inteligencja, a najważniejszą kompetencją staje się nie samo odtwarzanie informacji, lecz rozumienie, interpretowanie, wybieranie i odpowiedzialne nadawanie sensu.
Problem nie polega na tym, że szkolny Titanic płynie za wolno, lecz na tym, że wciąż dyskutujemy o muzyce na pokładzie, zamiast zapytać, dokąd właściwie płyniemy.