wtorek, 11 sierpnia 2026

Szkoła jest po nic. I właśnie dlatego jest dziś najbardziej potrzebna

Ten tekst jest autorską relacją i refleksją po debacie „Szkoła jest po nic... czyli o autonomii i sensie edukacji w XXI wieku”, którą prowadziłem w Kawiarni Telewizyjnej PEGAZ w Słupsku. Jej organizatorem był dr Łukasz Androsiuk z Uniwersytetu Pomorskiego. 

Wracam do tej rozmowy, bo pytanie o sens szkoły wydaje mi się dziś ważniejsze niż pytanie o kolejne reformy, narzędzia czy technologie. Zanim zaczniemy zastanawiać się, jak szkołę zmieniać, warto zapytać: po co właściwie ma istnieć?

Wyobraźmy sobie, że jutro znikają wszystkie szkoły.

Nie budynki, nauczyciele ani uczniowie. Znika tylko jedno przekonanie, które od dziesięcioleci organizuje nasze myślenie o edukacji: szkoła musi być po coś. Musi przygotowywać do matury, studiów, zawodu, rynku pracy i życia. Ma rozwijać kompetencje przyszłości, wyrównywać szanse, wychowywać, socjalizować, uczyć współpracy, przedsiębiorczości, krytycznego myślenia, odporności psychicznej i kompetencji cyfrowych. Ostatnio także odpowiedzialnego korzystania ze sztucznej inteligencji.

Lista rośnie, a szkoła próbuje nadążyć. Jeden z panelistów stwierdził wprost, że największym problemem współczesnej szkoły nie jest przeładowana podstawa programowa, system oceniania, biurokracja ani nawet sztuczna inteligencja. Problem jest głębszy, bo nie wiemy już, po co właściwie istnieje szkoła. Dlatego warto postawić tezę, która na pierwszy rzut oka brzmi absurdalnie, że szkoła jest po nic. I być powinna. W ten sposób wracamy do tematu wspomnianej debaty.

Szkoła jako linia produkcyjna

Przywykliśmy do języka użyteczności. Pytamy, czy wiedza „przyda się w życiu”, czy dany kierunek studiów daje pracę, czy szkoła odpowiada na potrzeby rynku i czy jej absolwent posiada kompetencje oczekiwane przez pracodawców.

Nie ma nic złego w przygotowywaniu młodych ludzi do samodzielnego życia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy edukację traktujemy jak linię produkcyjną: na wejściu pojawia się uczeń, a na wyjściu ma znaleźć się odpowiednio wyposażony „zasób” kompetentny, produktywny, elastyczny, komunikatywny, cyfrowy i gotowy do zatrudnienia. Wraca więc pytanie, czy naprawdę po to istnieje szkoła?

Paneliści zgodnie pytali i zastanawiali się, gdzie w takim systemie pozostaje miejsce na pytania, które nie przynoszą natychmiastowego efektu takiego jak zachwyt, ciekawość, błąd, rozmowę i odkrywanie własnych możliwości? Gdzie jest miejsce na przeczytanie książki, która do niczego się nie „przyda”, albo na myślenie, którego rezultatu nie da się wpisać do arkusza kalkulacyjnego?

Szkoła „po nic” nie oznacza szkoły bezużytecznej. Przeciwnie. Oznacza szkołę, która nie jest podporządkowana jednemu zewnętrznemu interesowi: politycznemu, ekonomicznemu, egzaminacyjnemu czy technologicznemu, ale szkołę istniejącą przede wszystkim dla człowieka.

I tutaj natychmiast pojawia się mój pierwszy kij w mrowisko. Czy mamy prawo proponować młodym ludziom taką szkołę, skoro za jej murami czeka konkurencyjny rynek pracy? Rodzic może przecież powiedzieć: Przestańcie filozofować. Moje dziecko musi zdać maturę, dostać się na studia, znaleźć pracę i umieć sobie poradzić. I będzie miał rację. Ale tylko częściowo. Bo być może największym ryzykiem jest dziś przygotowywanie młodego człowieka do świata, którego za kilka lat już nie będzie.

Ocena czy rozwój?

Podczas debaty pojawiło się również pytanie, o istotny element dzisiejszej racjonalności szkoły, bo drugim jej fundamentem jest pomiar. Piątka, trójka, 47 procent, 86 punktów, średnia 4,72, miejsce w rankingu. Lubimy liczby, ponieważ dają poczucie obiektywności. Pozwalają porównywać uczniów, klasy i szkoły. Tylko co właściwie mierzymy? Czy uczeń, który otrzymał piątkę, rzeczywiście rozumie więcej? Czy potrafi stawiać lepsze pytania, stał się bardziej samodzielny, umie zmienić zdanie pod wpływem argumentów, potrafi współpracować i wie, czego jeszcze nie wie? A może nauczył się przede wszystkim skutecznie funkcjonować w systemie oceniania?

Samo zrezygnowanie z ocen tego problemu nie rozwiązuje, tak twierdzą paneliści. Ocena może przecież porządkować wymagania, dawać uczniowi informację o tym, gdzie się znajduje, i wprowadzać jasne kryteria. Jednocześnie pojawia się inne pytanie, co właściwie uznajemy za sukces edukacyjny? Jeżeli sukcesem pozostaje wynik egzaminu, system będzie produkował zachowania prowadzące do dobrych wyników egzaminacyjnych. Jeżeli jednak sukcesem stanie się rozwój samodzielności poznawczej, odpowiedzialności, zdolności współpracy i krytycznego myślenia, będziemy potrzebowali zupełnie innego języka opisywania rozwoju ucznia oraz narzędzi znacznie bardziej wymagających niż stopnie w sakli od jednego do sześciu.

A kto właściwie jest właścicielem szkoły?

Podczas debaty obok pytań, komu służy szkoła, czym jest dziś sukces edukacyjny, pojawiło się również pytanie jeszcze bardziej niewygodne, a mianowicie: kto ma decydować o tym, czego i jak uczy szkoła? Państwo, minister, eksperci, dyrektor, nauczyciele, rodzice, lokalna społeczność, a może sami uczniowie?

Każda odpowiedź niesie ze sobą ryzyko. Pełna kontrola państwa może zamienić edukację w narzędzie polityki. Pełna autonomia szkoły może prowadzić do powstawania ideologicznych enklaw. Pełna władza rodziców może sparaliżować nauczyciela, ale pełna swoboda nauczyciela również nie gwarantuje jakości. Autonomia nie oznacza przecież braku granic. Oznacza możliwość podejmowania profesjonalnych decyzji i ponoszenia za nie odpowiedzialności.

Tymczasem współczesny nauczyciel coraz częściej znajduje się pomiędzy oczekiwaniami ministerstwa, kuratorium, dyrekcji, rodziców, uczniów, egzaminatorów i opinii publicznej. Wszyscy oczekują od niego autonomii, ale pod warunkiem, że zrobi dokładnie to, czego od niego oczekują.

I wtedy do klasy wszedł ChatGPT

Kolejny wątek debaty dotyczył powszechnego dostępu do generatywnych modeli AI. Przez dziesięciolecia szkoła posiadała coś niezwykle cennego: względny monopol na dostęp do uporządkowanej wiedzy. Nauczyciel wiedział, uczeń nie wiedział, dlatego uczeń przychodził do nauczyciela.

Ten model właśnie się kończy. Uczeń może dziś w kilka sekund poprosić sztuczną inteligencję o wyjaśnienie twierdzenia matematycznego, przeprowadzenie konwersacji po angielsku, analizę wiersza, przygotowanie argumentów do debaty albo przedstawienie wydarzenia historycznego na kilku różnych poziomach trudności. Może dopytywać bez końca, bez wstydu, podnoszenia ręki i czekania do następnej lekcji.

I właśnie dlatego pytanie: „Jak wykorzystać AI na lekcji?” wydaje mi się zbyt proste, bo dziś istotnym pytaniem jest: po co istnieje szkoła w świecie, w którym dostęp do wiedzy przestał być jej najważniejszym zasobem?

Nie dlatego, że AI zastąpi nauczyciela. Problem jest ciekawszy: sztuczna inteligencja zmusza nas do ponownego zdefiniowania jego roli.

Nauczyciel nie musi już być człowiekiem, który zawsze wie więcej od ucznia. I dobrze. Może stać się kimś znacznie ważniejszym: kimś, kto pomaga odróżnić wiedzę od informacji, argument od manipulacji, prawdopodobieństwo od pewności, odpowiedź od rozumienia, a możliwość technologiczną od decyzji etycznej.

Tyle że tutaj bardzo łatwo wpaść w kolejną pułapkę. I to kolejny mój kij w mrowisko.

Nauczyciel nie może zostać „kumplem od relacji”

Łatwo powiedzieć: skoro wiedzę może dostarczyć AI, nauczyciel powinien zajmować się relacjami, emocjami i krytycznym myśleniem. Brzmi nowocześnie. Tylko że krytyczne myślenie nie istnieje w próżni. Żeby krytycznie analizować odpowiedź AI dotyczącą historii, trzeba znać historię. Żeby rozpoznać błędne rozumowanie matematyczne, trzeba znać matematykę. Żeby zakwestionować interpretację tekstu, trzeba umieć czytać i posiadać kontekst kulturowy.

Nie można krytycznie myśleć o niczym.

Dlatego szkoła nie powinna wybierać między wiedzą a kompetencjami, nauczycielem a AI, relacją a wymaganiami. Potrzebujemy raczej innej architektury edukacji: takiej, w której człowiek i technologia nie konkurują o to, kto szybciej poda odpowiedź, lecz współtworzą środowisko uczenia się.

AI może generować, proponować i optymalizować. Człowiek musi jednak rozumieć, wybierać i pytać: po co? Technologia może coraz skuteczniej podsuwać odpowiedzi, ale nie zwalnia nas z odpowiedzialności za ich znaczenie, konsekwencje i sposób wykorzystania.

Być może właśnie tutaj zaczyna się nowa rola szkoły.

Bezpieczna przystań czy poligon?

Podczas debaty pojawił się jeszcze jeden argument przeciwko szkole opartej na autonomii, relacji i dobrostanie. Świat poza szkołą nie jest bezpieczną przystanią. Jest konkurencyjny, bywa niesprawiedliwy, ludzie przegrywają, pracodawcy oceniają, a życie stawia wymagania. Nie każda porażka kończy się wspierającą informacją zwrotną.

Czy zatem tworząc szkołę przyjazną, bezpieczną i autonomiczną, nie wychowujemy ludzi pod kloszem? Być może mylimy bezpieczeństwo z brakiem wymagań. Dobra szkoła nie chroni człowieka przed każdym niepowodzeniem. Pozwala mu doświadczać niepowodzenia w środowisku, w którym może zrozumieć jego przyczynę, wyciągnąć wnioski i spróbować ponownie. Nie usuwa trudności, ale uczy sobie z nimi radzić. Nie eliminuje odpowiedzialności, lecz pozwala się jej nauczyć. To również rola rodziców, którzy często, chcą chronić swoje dzieci przed niepowodzeniami, zamiast pozwolić im na podejmowanie decyzji i ponoszenie za nie konsekwencji.

Dobra szkoła nie chroni przed światem, ale przygotowuje do spotkania z nim bez utraty siebie, bez rezygnacji ze swoich marzeń, wykorzystując indywidualny potencjał i talent.

Poniedziałek. Godzina 8:00

Aby nie popaść w populizm, banał o wolności, autonomii, relacjach i sztucznej inteligencji, w trakcie debaty zaproponowałem mały eksperyment myślowy.

Wyobraźmy więc sobie zwyczajny poniedziałek. Jest godzina 8:00. W klasie siedzi trzydziestu zmęczonych nastolatków. Za kilka miesięcy matura. Nauczyciel ma podstawę programową do zrealizowania, dyrektor oczekuje wyników, rodzice ocen, uczniowie mają smartfony, a każdy z nich dostęp do sztucznej inteligencji, która potrafi w kilka sekund wykonać znaczną część tradycyjnych szkolnych zadań.

Co dokładnie robimy w pierwszej minucie tej lekcji?

To jest test każdej edukacyjnej teorii. Nie pytanie o to, jakiej szkoły chcielibyśmy za dwadzieścia lat, ale o to, co możemy zrobić inaczej jutro o ósmej rano.

I tutaj rozpoczęła się najtrudniejsza część rozmowy o zmianie szkoły. Nie w deklaracjach, strategiach i prezentacjach o edukacji przyszłości, lecz w klasie. W relacji pomiędzy konkretnym nauczycielem a konkretnymi uczniami. W decyzji, czy zadać kolejne ćwiczenie „na ocenę”, czy stworzyć sytuację, w której uczeń rzeczywiście musi pomyśleć. W tej decyzji, czy jedynie realizujemy program, czy naprawdę tworzymy warunki do uczenia się, ujawnia się gotowość do uznania, że te dwie rzeczy nie zawsze znaczą to samo.

Być może źle rozumiemy przygotowanie do przyszłości

Od lat powtarzamy, że szkoła powinna przygotowywać młodych ludzi do przyszłości. Coraz mniej jestem przekonany do tego zdania. Bo do jakiej przyszłości? Kto ją zna? Który ekspert potrafi dziś powiedzieć, jakie zawody, technologie i modele pracy będą dominowały, kiedy obecni pierwszoklasiści wejdą w dorosłe życie? Sztuczna inteligencja wyjątkowo wyraźnie obnażyła słabość tego sposobu myślenia. Być może zadaniem szkoły nie jest przygotowanie człowieka do przyszłości.

Zadaniem szkoły jest przygotowanie człowieka do współtworzenia przyszłości.

To zasadnicza różnica. Pierwsze podejście zakłada adaptację, drugie natomiast sprawczość. Pierwsze pyta: Jakich kompetencji będzie potrzebował rynek? Drugie: Jakiego świata chcemy i jakich ludzi potrzebujemy, aby potrafili go odpowiedzialnie tworzyć?

I właśnie dlatego wracam do prowokacyjnego zdania z początku debaty.

Szkoła powinna być po nic.

Nie chodzi oczywiście o szkołę pozbawioną sensu. Chodzi o szkołę, której sensu nie definiuje rynek, ranking, polityk, technologia ani sztuczna inteligencja. Szkołę, która istnieje dla człowieka: po to, by mógł coraz lepiej rozumieć siebie, innych i świat; by potrafił myśleć, współpracować, kwestionować, tworzyć i ponosić odpowiedzialność za własne decyzje. By uczeń coraz rzadziej pytał wyłącznie: „Co mam zrobić, żeby dostać piątkę?”, a coraz częściej zastanawiał się: „Dlaczego tak jest?”, „Skąd to wiemy?”, „Czy mogę się z tym nie zgodzić?”, „Co mogę zrobić inaczej?” i „Jaką odpowiedzialność ponoszę za swoją decyzję?”

Na końcu zadałem pytanie, czy gdyby jutro zniknęły wszystkie egzaminy, czy uczniowie nadal chcieliby się uczyć? Gdyby zniknęły wszystkie oceny, czy nauczyciele nadal wiedzieliby, jak rozpoznać rozwój ucznia? Gdyby zniknęły rankingi, czy szkoły nadal wiedziałyby, czym jest sukces? A gdyby sztuczna inteligencja potrafiła odpowiedzieć na każde pytanie znajdujące się dziś w podręczniku, jakie pytania powinny zacząć zadawać szkoły? I wreszcie:

Gdybyśmy naprawdę mogli zaprojektować szkołę od początku, czy stworzylibyśmy jeszcze raz tę, którą mamy dzisiaj? Nie jestem pewien. I chyba właśnie od tej niepewności powinniśmy rozpocząć rozmowę. Nie o edukacji przyszłości, ale  o szkole, którą tworzymy dzisiaj.


Przypis: Tekst jest autorską refleksją po debacie prowadzonej przez autora, przygotowaną na podstawie scenariusza, materiału wideo i własnych notatek. W pracach redakcyjnych wykorzystano narzędzia AI.