poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Architektura dojrzewania

To był mój kolejny miesięczny wyjazd z młodzieżą do Kanady i Stanów Zjednoczonych. Każdy przynosi nowe doświadczenia i staje się ważną lekcją: pozwala obserwować, jak młodzi ludzie zmieniają się w nowych warunkach, rozwiązują codzienne problemy, podejmują decyzje oraz czego oczekują ode mnie jako opiekuna i od innych dorosłych..

Dla mnie największym odkryciem mojego tegorocznego wyjazdu było to, co rozgrywało się w głowach i sercach młodych ludzi. W ciągu kilku tygodni można było obserwować proces, którego nie da się zaplanować w szkolnym programie ani zamknąć w podstawie programowej. Było nim dojrzewanie. Pierwsza refleksja, którą przywiozłem z Toronto, dotyczy właśnie  dojrzewania. Coraz mniej jestem przekonany, że można je wiązać z osiągnięciem określonego wieku. Dojrzewanie zaczyna się chyba znacznie wcześniej, bo wtedy, gdy młody człowiek odkrywa, że świat nie zawsze będzie prowadził go za rękę i że w pewnym momencie sam musi zdecydować, co zrobić.

Dojrzewanie zaczyna się tam, gdzie kończy się prowadzenie za rękę*. 

Toronto stworzyło takie sytuacje już od pierwszych godzin pobytu. Po długim locie młodzi ludzie znaleźli się w mieście, którego nie znali. Musieli nauczyć się komunikacji, odnaleźć się w nowych rodzinach, zaakceptować inny rytm codzienności i przede wszystkim posługiwać się językiem angielskim nie podczas lekcji, ale wtedy, gdy naprawdę czegoś potrzebowali. Patrząc na nich, zacząłem sobie uświadamiać, że być może właśnie takie sytuacje są ważniejsze dla dojrzewania niż wiele naszych wychowawczych pouczeń. Nie mogliśmy dać im odpowiedzi na każdą sytuację, która miała się wydarzyć. Mogliśmy natomiast zrobić coś innego. Po prostu zaufać im.

Bo przecież mogłem kupić im bilety na metro, zaprowadzić na peron, pokazać, w którą stronę mają jechać, powiedzieć, gdzie wysiąść. Mogłem właściwie przeprowadzić ich przez całą drogę. Tylko czego nauczyłbym ich w ten sposób? Łatwo nam, rodzicom i opiekunom, chcąc chronić młodych ludzi, usuwać trudności, zanim te zdążą się pojawić.  Ja powiedziałem tylko, że autobus do Niagary odjeżdża ze stacji Museum o godzinie 8.00. Musicie tam być odpowiednio wcześniej. Reszta należała do nich. Musieli wstać o właściwej porze, sprawdzić sobotni rozkład komunikacji miejskiej, zaplanować drogę ze swoich domów i samodzielnie dotrzeć na miejsce zbiórki. Widziałem strach w oczach niektórych. Widziałem zdziwienie. Usłyszałem nawet pytanie: „Ale co ja mam dokładnie zrobić?”.

I właśnie wtedy pomyślałem, że być może na tym polega jedna z najważniejszych lekcji tego wyjazdu. Nie na tym, żeby młodym ludziom powiedzieć, co dokładnie mają zrobić, ale stworzyć sytuację, w której sami muszą znaleźć odpowiedź. 

Zaufałem, że sobie poradzą. To była prosta sytuacja, zwykły dojazd na miejsce zbiórki. A jednak zawierało się w niej coś znacznie większego: konieczność podjęcia decyzji, przewidywania jej konsekwencji i wzięcia odpowiedzialności za własne działanie. Jeśli się spóźnię, autobus nie będzie czekał. Jeśli wybiorę niewłaściwe połączenie, muszę znaleźć inne. Jeśli czegoś nie wiem, muszę sprawdzić albo zapytać.

Samodzielności nie można nauczyć, nie pozwalając być samodzielnym.

Pamiętam też pierwszy dzień po przylocie do Toronto. Uczniowie musieli samodzielnie dotrzeć ze swoich nowych domów do szkoły. Dla wielu był to pierwszy taki moment w życiu. Obce miasto, nieznana komunikacja, ponad trzy miliony mieszkańców, metro, autobusy, tramwaje. Trzeba po prostu wyjść z domu i znaleźć drogę. Oczywiście mogliśmy wcześniej dokładnie wszystko sprawdzić. Mogliśmy rozpisać każdemu trasę, wskazać przystanki, numery autobusów, stacje metra i miejsca przesiadek. Tylko znowu pojawiało się to samo pytanie: czego w ten sposób ich uczymy?

Musieli więc sami sprawdzić trasę, zorientować się, jak działa komunikacja, czasami zapytać o drogę. I przede wszystkim podjąć decyzję. Jeżeli pojadę w tę stronę, dokąd dotrę? Gdzie mam się przesiąść? Co zrobię, jeżeli wysiądę nie tam, gdzie powinienem? Dla kogoś, kto zna Toronto, to zwykły poranny dojazd do szkoły. Dla młodego człowieka, który dzień wcześniej przyleciał z Polski, mogło to być pierwsze naprawdę samodzielne spotkanie z wielkim miastem. Nie nazwałbym tego nawet egzaminem z dorosłości. Egzamin zakłada przecież, że ktoś wcześniej przygotował zestaw pytań i zna prawidłowe odpowiedzi. Tutaj pytań dostarczało samo życie.

Takich sytuacji w kolejnych tygodniach były dziesiątki. Zakupy w sklepie, rozmowa z rodziną goszczącą, spóźnione metro, pomylony przystanek, zamówienie jedzenia, zapytanie nieznajomego o drogę. Drobne sprawy. Nic spektakularnego. Właśnie dlatego wcześniej nie przywiązywałem do nich większej wagi.

Dzisiaj patrzę na nie inaczej. Coraz bardziej przekonuję się, że samodzielności uczymy się przede wszystkim w takich zwyczajnych sytuacjach. Nie wtedy, gdy ktoś opowiada nam o odpowiedzialności, ale wtedy, gdy trzeba coś zrobić, a obok nie ma dorosłego, który natychmiast poda rozwiązanie. Szczególnie mocno zobaczyłem to dzięki historii dwojga uczestników naszego wyjazdu. Po przylocie do Toronto okazało że ich walizki nie dotarły. Pierwsza reakcja była oczywista: niepewność. Co teraz? Gdzie jest bagaż? Do kogo się zgłosić? Co powiedzieć? Kiedy walizka dotrze?

Mogłem oczywiście przejąć sprawę. Podejść do stanowiska, wyjaśnić sytuację, wypełnić formalności i powiedzieć: „Nie martwcie się, zajmiemy się tym”. Ale przecież to były ich walizki i ich problem. Ja mogłem być obok, pomóc wtedy, kiedy pomoc rzeczywiście była potrzebna, ale nie odbierać im możliwości poradzenia sobie z sytuacją. Tak więc musieli zgłosić brak bagażu, odpowiedzieć na pytania, podać potrzebne informacje, a potem zrobić coś jeszcze trudniejszego – zaakceptować, że nie wszystko można natychmiast rozwiązać. Trzeba było czekać. Prawdziwe znaczenie tej historii zrozumiałem dopiero cztery tygodnie później.

Po powrocie do Gdańska okazało się, że podobny problem spotkał kolejnych uczestników naszej grupy. Kilka osób nie otrzymało swoich walizek. Tym razem role się odwróciły. Ci, którzy cztery tygodnie wcześniej sami nie wiedzieli, co zrobić na lotnisku w Toronto, teraz wiedzieli dokładnie, dokąd pójść, co zgłosić i jak wygląda cała procedura. Co więcej, mogli pomóc innym. Patrzyłem na nich i pomyślałem: przecież właśnie na moich oczach wydarzyło się coś niezwykle prostego, a jednocześnie bardzo ważnego. Problem nie zniknął. Zmienił się człowiek, który się z nim spotkał. Cztery tygodnie wcześniej ta sama sytuacja wywoływała niepewność i pytanie: „Co mam zrobić?”. Teraz pojawiała się odpowiedź: „Wiem, co zrobić. Już przez to przeszedłem”. Doświadczenie zamieniło niepewność w kompetencję. Ale stało się coś jeszcze. Własna trudność stała się zasobem, którym można było podzielić się z innymi.

I chyba właśnie wtedy po raz kolejny zobaczyłem, że dojrzewanie nie zawsze objawia się wielkimi decyzjami. Czasami można je zobaczyć przy stanowisku reklamacji zagubionego bagażu. Oczywiście dojrzewanie nie przebiega liniowo. Były chwile odpowiedzialności, ale były też momenty lekkomyślności. Pojawiały się decyzje, które budziły mój niepokój i zmuszały do stawiania granic. Właśnie dlatego ten wyjazd był prawdziwy. Gdyby wszystko przebiegało idealnie, nie byłoby wychowania, a byłaby jedynie dobrze zorganizowana wycieczka. Wychowanie zaczyna się tam, gdzie młody człowiek konfrontuje się z konsekwencjami własnych wyborów i odkrywa, że wolność zawsze idzie w parze z odpowiedzialnością.

Patrząc z perspektywy opiekuna, coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że młodzież dojrzewa przede wszystkim wtedy, gdy otrzymuje odpowiedzialność wcześniej, niż sama uważa się za gotową. Nie oznacza to pozostawienia jej samej. Oznacza stworzenie bezpiecznej przestrzeni, w której może próbować, popełniać błędy, wyciągać wnioski i stopniowo odzyskiwać sprawczość. Rolą dorosłego nie jest wyręczanie, lecz dyskretne towarzyszenie.

Po powrocie do Polski wielu rodziców mówiło mi, że widzą swoje dzieci trochę inne niż przed wyjazdem. Bardziej samodzielne. Odważniejsze. Spokojniejsze. Częściej przejmujące inicjatywę w codziennych sprawach. Być może właśnie to jest najcenniejszą pamiątką z Toronto i Nowego Jorku. Nie zdjęcia, certyfikaty ani pamiątki przywiezione z Kanady, lecz niewidoczna zmiana, która dokonała się wewnątrz młodych ludzi.

Takiej przemiany nie można kupić ani zaplanować co do minuty. Można jedynie stworzyć warunki, w których stanie się możliwa. Resztę wykonuje samo życie.

___________________________________

*Ilustracja wygenerowana z wykorzystaniem ChatGPT